Szkic fabuły

Uwaga - to jest jedynie szkic! Planowane zmiany.

Paragraph 1

Herszt trzasnął tłuczkiem w biurko.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że umowy między nami a państwem nie zostały wypełnione. Wiem, że to nasza wina, że nie zapobiegliśmy tej nietypowej sytuacji, mimo że mogliśmy przeprowadzić na przykład rezerwowy transport towaru. Przepraszam i przypominam o karach umownych w wysokości trzykrotnej ceny zamówionego towaru.
Bawełniarze ucichli. Niektórzy nawet się uśmiechnęli.
- Rekompensata zostanie wypłacona państwu za moment przez mojego zastępcę. Pozwólcie państwo, że udam się do gabinetu w celu zażegnania naszych problemów.
Wyszedł i zaklął potężnie.
Gang Johna Tępej Pały zajmował się do niedawna legalnym w okolicy miasteczka handlem ludźmi. Tym, co położyło go na łopatki, było potężne zamówienie rządowe, mające na celu dostarczenie Wielkiej Brytanii niebotycznego transportu wynikającego z jakichś umów międzynarodowych. Rząd nie miał pojęcia, skąd niewolników wziąć, gang miał średnie pojęcie, gdzie ich umieścić na przesyconym rynku.
Ni stąd, ni zowąd zaczęło się znoszenie niewolnictwa. Rząd odwołał transport i wypłacił symboliczne kary umowne. Tyle, że John Tępa Pała za zgodą rządu zamówił do Ameryki więcej towaru, niż miało trafić do Anglii, ze względu na zapotrzebowanie rynku lokalnego. Ponieważ rząd, o nic nie pytając, wysłał bezpośrednio do dystrybutora światowego polecenie odwołania zamówienia…
Upadek renomy nie był groźny, gang był już od dawna przygotowany na zmianę statusu prawnego i wyjazd do Europy. Jedyny problem polegał na stanie konta po wypłacie odszkodowań, niepozwalającym na przeniesienie szajki.
John wszedł do zaplecza saloonu, gdzie spojrzało na niego kilkadziesiąt oczu.
- Ktoś coś wymyślił, panowie? - spytał.
- Mściwa Suka proponował rzeźbę z muzeum - odpowiedział szantażysta - ale…
- Gdzie jest Mściwa Suka?
- Poszedł polerować broń. Mówi, że może się przydać.
- W porządku, i tak nieźle się spisał. Opłacalna jest ta rzeźba?
- Handlarze ze statku zafundują nam za nią milion.
John spojrzał na wypowiadającego te słowa kieszonkowca.
- Zdajesz sobie sprawę ze współczesnej wartości dolara?
- Zdaję i nie żartuję.
Herszt był zafascynowany.

Paragraph 2

Wbił się do mieszkania denata, naciskając językiem ukrytego w zębie androida rysującego.
Stary burmistrz leżał tak jak wcześniej, kiedy go znaleziono. Wyglądał dosyć komicznie, mimo oczywistego patosu sceny. Emerytowany lekarz wojskowy wstał i spojrzał na redaktora z przerażeniem.
- Z sekcji wynika jednoznacznie, że zmarł na skutek powieszenia. Ale sam pan widzi…
- Widzę, doktorze - uciął. Sznur, wyglądający na misterne pomieszanie drewna i złota, był umocowany do podłogi. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyciął kawałek parkietu dokładnie odpowiadający przyszłej pozycji ciała, obrócił go do góry, a potem ponownie obrócił we właściwym kierunku. Redaktor pomyślał nagle o dziwnej legendzie na temat człowieka o spalonej twarzy, który sprawiał, że rzeczy zaczynały spadać w bok. Ale to przecież było niemożliwe, wszystko zawsze spadało do dołu.
- Który szeryf obejmuje dochodzenie? - spytał.
- Ja - usłyszał głos starego stróża prawa. - To w końcu ostatnia okazja na jakąś sprawę.
- Jak to?
- Paragraf 11 ustawy o zmianie…
- Ach tak - nagle zdał sobie sprawę, jakie skutki wnosiła zbrodnia. - Qui bono?
- W zasadzie nikt.
- Dowody?
- Żadnych, oprócz tego sznura.
- Co z nim?
- W domu stwierdzono brak dwóch rzeczy, starej składanej lampy z sufitu salonu i odznaki zasłużonego dla miasta. Wie pan, repliki posążka. Z drewna pokrytego złotem.
- A sznur… - zamilkł.
- Zgadza się. - wtrącił się lekarz. - Widzimy się o dziewiątej u Billy'ego. Ja lecę tam w tej chwili, tylko przedtem odwiedzę mojego uczniaka…
- Po drodze? - spytał zaciekawiony redaktor.
- Nie mogę odpowiedzieć. - wzruszył ramionami lekarz.
- A czemu tak śpieszno?
- Muszę… przypilnować wdowy. Zwłaszcza, że Billy na pewno nie będzie chciał od niej ani centa za kufel.
Redaktor spojrzał po raz ostatni na twarz starego burmistrza. Ty głupku, pomyślał. Ty nędzny, stary głupku, który zawsze chciałeś dla nas dobrze, ale przez swą bierność doprowadzisz teraz miasto do… znacznego roztrzęsienia w najlepszym wypadku. Strach pomyśleć o najgorszym.

Paragraph 3

Spojrzał i oczom nie wierzył.
Patrząc od zachodu, całe miasto było kalką ilustracji z tej jaskini, w której nocował poprzedniej nocy. Obok była zapisana wszystkim znana legenda o Statuetce Szału.
Czyżby to, co usłyszał w pubie, nie było grubo przesadzonym dowcipem? Na to wyglądało. Najwyraźniej rzeczywiście w radzie panował kompletny chaos - i miał zapanować większy. Należało natychmiast pozbyć się problemu.
Lucky Luke mimo zachodu słońca wyjątkowo zawrócił, postanawiając do rana wywiedzieć się o szczegółach sytuacji panującej w mieście.

Paragraph 4

- Znalazłam - wysapała i przeobraziła się z powrotem w siebie.
- Co znalazłaś? - zapytał wielki, jednooki mózgopodobny stwór siedzący na drzewie.
- Naszą.. antenę - dyszało stworzenie, powoli stając na swoich przyssawkach. - Wiem, że to nikomu dotąd nie wyszło… ale…
- Jakim cudem mogłaś odnaleźć antenę… - zaharczał "mózg".
- Prosto. Wystarczyło jej nie szukać.
- A zatem, gdzie ona jest?
- Paręset kilometrów stąd. W miasteczku Bumbum City czy czymś w tym stylu, w muzeum sztuki indiańskiej.
- MMmmmmmmm… - wtrącił się dziwny organiczny zegar. - Ale to nie jest sztuka indiańska.
- Miejscowy kustosz zgadzał się, że nie pasuje do reszty. Nie ulega za to wątpliwości, że była czczona jako bożek wojny przez ostatnie…
- A więc dlatego kompletnie wariowałem, musieli się przemieszczać. Wyciągnęłaś ją?
- Chciałam. Ale to było cokolwiek skomplikowane. Myślę, że musimy tam udać się wszyscy. Antena jest wręcz symbolem miasta i zabranie jej tak po prostu doprowadziłoby szybko na mój trop miejscowe szajki niepraworządnych obywateli… i tych praworządnych. Musimy odlecieć stamtąd.
- Ha, jak rzeczesz. Detektor! - uciął dyskusję "mózg"
- Tak? - odrzekł "zegar".
- Rozmów się z miejscowymi. Nie przyjmujemy więcej ofiar i tak dalej, ale z nimi jest wszystko w porządku. No, chyba że Pożeracz coś wykrył. Pasztet ma nam załatwić trwałe przebrania, kto wie, jakie trudności napotkamy po drodze i na miejscu.
- Tak jest, ekscelencjo!
- Wychodzimy za dwie godziny czasu miejscowego. Ta atmosfera nie robi nam dobrze, Mózgojad zmarł zaledwie po 500…
- Nie przypominaj mi o tym, proszę - wysyczała "przyssawka".
- Rozumiem. W każdym razie nasza ekspedycja powoli ginie przez ten incydent, została nas połowa i robi się coraz gorzej. Antena była niewątpliwie wadliwa, mówiłem, że brak gwarancji producenta jest przez coś spowodowany.
- Nie wyjdzie lepiej budowa nowej anteny? - spytał Detektor.
- Ile ostatnio znalazłeś łupków? - odrzekł "mózg". Zapadła cisza.

Paragraph 5

Redaktor siedział w pubie, obejmując zapłakaną żonę starego burmistrza i przeklinając go w myśli. Opieszałość denata nie znała granic.
Zgodnie z paragrafem 11 ustawy o zmianie ordynacji wyborczej wg 1830 ustawy federalnej ds. Dzikiego Zachodu w momencie doprowadzenia rady miasta do wielkości mniejszej niż jedna dziesiąta początkowej liczby osób dochodziło do transformacji ustrojowej. Sam moment nie był wybrany tak źle, jednak nowy ustrój wprowadzał wyjątkowe udziwnienia. Radnym mógł zostać praktycznie ktokolwiek, kto we właściwym momencie wszedł do budynku rady. Jakby tego było mało, na wypadek porwań żaden radny nie mógł znać funkcji publicznych innych radnych. Efekt był taki, że nikt nic nie wiedział…
- Jakby tego było mało, to jeszcze wyjątkowo podejrzane typy tu się kręcą, panie redaktorze - westchnął Billy.
Redaktor spojrzał zdziwiony.
- Ni to bandyci, ni to Indianie, pytali się, czy nie przyda się miastu ochrona. Stwierdziłem, że mamy doskonałego szeryfa i burmistrza, więc…
Nie, tej teorii nie zamierzał rozważać. Ostatnia próba zabicia dobrego szeryfa w celu zostania szeryfem zdarzyła się 54 lata wcześniej, a analogiczna sytuacja z burmistrzem…
- Czołem - do kompanii dołączył kat.
- Czemu tak późno?
- Nie przesadzasz? Nie ćwiczysz swojego następcy?
- Z tą nowoczesną techniką poradzi sobie lepiej ode mnie - o ile nikt go wcześniej nie dorwie.
- Rozumiem - westchnął eksterminator. - Niestety u nas sznur jak sznur.

Paragraph 6

Zakuta Pała siedział jak zawsze na skórze z Brunatnego Bizona i patrzył ślepymi oczami w kierunku Wzgórza Inicjacji.
- Przegięta Chochla przygotowała Zakutej Pale wywar z koguta - ośmielił się przerwać rozmyślania Blada Myśl.
Pała odwrócił się w kierunku syna.
- Niech Wielki Mannitou błogosławi Przegiętą Chochlę - wypowiedział z trudem. - Co z misją Krwistego Befsztyka?
Blada Myśl oczekiwał tego pytania.
- Blada Myśl ma problem z odpowiedzią.
- Wielki Papieros żyje?
- Nie.
- Zatem?
- Zginął zapewne z ręki bladej twarzy.
- Zmienia to cokolwiek w naszych planach? - siorbnął starzec.
Myśl ucieszył się, że poszło to tak łatwo.
- A i owszem. Krwisty Befsztyk powinna zostawić nam strzały od Wielkich Kuzynów z Południa.
- To dobrze.
- Tak, to dobrze.
Wzgórze Inicjacji świeciło się wstrętnym światłem z oliw, przeplatanym tu i ówdzie wstrętniejszym światłem szklanych kul.
- Howgh - wrzasnął Pogromca Stokrotek.
- Howgh - odpowiedzieli znużonym głosem.
- Pogromca Stokrotek odnalazł wrogie chwasty.
- Jak bardzo wrogie?
- Niech spojrzą - stwierdził i Myśl nagle załapał, że głos miejscowego antyekologa był cichszy niż zwykle. Pogromca był ranny w nogę, i to poważnie.
- W jakie chwasty wlazłeś?
- One tak specjalnie…
- Wiesz, co na ten temat sądzę…
- Spokój, chłopcy - westchnął Pała.
- Idziemy natychmiast do Tego-Którego-Oczy-Są-U-Duchów - zdecydował Blada Myśl.

Paragraph 7

Spojrzał i oczom nie wierzył.
Patrząc od zachodu, całe miasto było kalką ilustracji z tej jaskini, w której nocował poprzedniej nocy. Obok była zapisana historia dotycząca jakiegoś miasteczka, którego władcy oszaleli. Jednak z treści wynikało, że dla miasta istnieje duże światełko nadziei. Zresztą, nie tylko dla miasta. Wyglądało na to, że ŚWIAT zostanie ocalony!
Segata Sanshiro rozpoczął powolną wędrówkę w kierunku Bumbum City. Po chwili jednak przystanął. Przechwytywanie pocisku międzykontynentalnego obniżyło jego zdolność bojową. Był jednak optymistą. Utopia leżałą w jego rękach.

Paragraph 8

- Niestety u nas sznur jak sznur - westchnął eksterminator - a do tego z roku na rok coraz gorszy, bo dodają coraz więcej lucjerny.
- Ale lucjerna to przecież taki bób!
- Bób bobem, Robercie - wtrącił się Billy - ale ze zbieraniem konopii jest z roku na rok coraz gorzej. Wykształciły proste mechanizmy samoobronne. Wybuchowe pąki i takie tam.
Redaktor zapisał sobie, żeby załatwić uczniakowi jakieś papiery do biblioteki. Należała mu się rekompensata za kary otrzymane po próbie umieszczenia w rubryce ezoterycznej wzmianki o wybuchających pąkach konopii.
- Chociaż najgorzej będzie z odsiewem, a tego go nie nauczę - ciągnął kat - bo nic o tym nie wiem! Przez lata momentalnie wychodziło na jaw, kogo wyrzucić z rady, komu można zaufać… chociaż zdarzały się ciekawe indywidua…
- Choćby Jacky Horse-Fly - podszepnął Billy - z jego składanym nazwiskiem…
- Jacky miał tylko i wyłącznie składane nazwisko - ofuknął go redaktor - poza tym był z niego spoko chłopak. Życie skończył w sposób, dzięki któremu stary szeryf mógł wreszcie zreformować system ubezpieczeń… Co innego wasz syn Shermann.
- Nasz Shermann? - zamrugał Billy.
- Wasz Shermann - potwierdził egzekutor - z jego propozycją wprowadzenia wycofania z obiegu broni.
- Ale to by zadziałało, gdyby…
- Nie zadziałałoby, dopóki wszystkie ciemne typy nie oddałyby broni. Nie są takie głupie.
- Można je im odebrać.
- Jak?
Billy spojrzał z miną naiwniaka.
- Bronią!
- Skąd ją wziąć?
Barman zamilkł. Wiedział, że nie nadaje się do rady miasta. Nigdy dotąd szczególnie mu to nie przeszkadzało.

Paragraph 9

- Zamknij się, do jasnej! - wrzasnął Jewgienij. - Chcesz, żeby nasi ludzie dokonali stworzenia chaosu w przeklętej amerykańskiej wiosce!
- Spokojnie, towarzyszu. Wasi ludzie na pewno sobie z tym poradzą, jeśli wasze opinie na temat ich szkoleń były choć odrobinę zgodne z prawdą…
- Nie chodzi o moich ludzi!
- Przejmujesz się więc tymi durnymi Jankesami!
- Nie! Przejmuję się tym, że nie ma sensu, żeby to robić!
Iwan przymknął usta i spojrzał pytająco.
- Mówimy tu o Amerykańcach. Ich nie obchodzi zupełnie nic poza Ameryką. Bomby w Hamburgu, Warszawie, Moskwie, Leningradzie i Montreuil powinny już cię tym przekonać…
- Właśnie dlatego atakujemy w Ameryce. Muszą o nas usłyszeć!
- Jeżeli my zaatakujemy ich u nich, to ich naturalnymi sprzymierzeńcami staną się ONI. Sam prowadź tę misję. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Iwan kompletnie nie rozumiał ostatniego zdania. To chyba oczywiste, pomyślał, że Jankesi to głowni sprzymierzeńcy Jankesów. Chyba że Jewgienij myślał o czymś innym.

Paragraph 10

- Skoro to tacy geniusze, to czemu nigdy nie znajdą czasu na zebrania! - wrzeszczał John Tępa Pała. - Już ja im nogi…
- Szefuniu - odezwał się zastępca - szantażysta jest na comiesięcznym przeszukiwaniu biblioteki miejskiej w poszukiwaniu fotek i tak dalej. Mściwa Suka natomiast już przyszedł.
- Nie mów mi, że sobie poszedł.
W tym momencie przez wejście od strony wychodka wbił się Mściwa Suka, oczywiście ze swoim słynnym jednostrzałowym… czymś. "Szefunio" uśmiechnął się.
- Dobra. Przepraszam za pomówienia, rzeczywiście na przyszłość zamawiamy pizzę w Starmozarelli. Wyjaśnisz mi i tu obecnym szczegóły planu?
- Co w nim jest niejasnego? - zaświergotał Suka.
- Może po kolei. Dlaczego mamy się i tak wkręcać do rady, skoro…
- Bo kradzież zaplanowaliśmy na dwudziestego. Sezon żeglugowy zaczyna się później.
- Dwudziestego czwartego? - wyrwało się Zastępcy.
- W tym roku chyba dwudziestego piątego - ziewnął kieszonkowiec, polerując buty "szefunia".
- Nieważne to w tej chwili - westchnął John, padając w fotel wypełniony trzema… panienkami do towarzystwa. - Dlaczego nie weźmiemy się za to potem?
- Dwudziestego pierwszego rano przyjeżdża ekipa od wymiany zabezpieczeń - z lekceważeniem prychnął Suka. - Możecie sobie tam kraść później. Ale ja planu nie wymyślę bez poznania nowego systemu. Utrzymanie wszystkiego potrwa dosyć długo, więc…
- Daruj sobie ironię, Suka, skąd o tym wiesz?
- Chodziło się do rady na zebrania - odsyczał. - Zdaje się, że całą resztę szlag trafił, nie?
John Tępa Pała zaniemówił.
- Chodziłeś tam przez ostatnie osiem miesięcy… sam?
- Zgadza się. Pewnie do tej pory mają mnie za durnia z przedmieścia.
- I przez ten cały czas… twoje uwagi…
Suka wywinął młynka… bronią.
- Przechodzimy do konkretów?
- Oczywiście. Jedna dziewczyna jest twoja.
Kieszonkowiec i zastępca zaniemówili. Takie sytuacje nie były częste.

Paragraph 11

Ten-Którego-Oczy-Są-u-Duchów wyszedł i skinął na Bladą Myśl.
- Pogromca Stokrotek mówił o pochodzeniu tych ran?
- Taaak. Mówił oczywiście, że go zaatakowały kwiatki. Pewnie wlazł w jakieś chwasty.
- Nie sądzę - łagodnie sprzeciwił się szaman.
Myśl spojrzał na niego zafrapowany.
- Na pewno są od gałęzi i zielska. Ale musiał na niego spaść jakiś pień, albo zaatakował go człowiek. Rany są zbyt głębokie na wejście, czy nawet upadek w chwasty. Zajrzyj do nas rankiem, powinien czuć się lepiej.
Syn wodza usłyszał tętent koni znad Skały Mchów. Pobiegł tam czym prędzej. Ojciec był na szczęście cały i zdrowy.
- Któż to?
- Przyjechali tu jacyś durnie. Chcieli dołączyć się do naszego plemienia. Odrzuciłem ich fajki. Posługiwali się bronią bladych twarzy.
- Zapewne dobrze zrobiłeś, ojcze, to musieli być jacyś idioci. Zwracać się z tym do nas?
- Cóż, znali naszą mowę. Ale jednak…
- Rozumiem.
Patrzyli dwojgiem oczu na szykującą się arenę wyjątkowej bitwy. Ich poprzednicy nie chcieli atakować cywili. Dlatego ich oszczędzono. Teraz szykowała się chwila triumfu, w końcu nikt nie spodziewał się ataku tytlko i wyłącznie na organa władzy. A potem… pójdzie już prosto.

Paragraph 12

- Bumbum City czy Bum-Boom City? - sapał, jak zawsze chętny do pożywienia się wiedzą, Pożeracz Umysłów.
- Problem polega na tym - odpowiedział Wielki Ufol - że nie wiadomo. Miejscowość ta powstała na skutek sklejenia trzech pobliskich stanowisk myśliwskich, znanych jako Ambonowo Boomera, Sztolnia Kabumma czy też Cabumme'a i Skład Bumerangów. Mieszkańcy od razu wiedzieli, jak miasteczko nazwać, ale nigdy nie dogadali się co do pisowni.
- Skąd takie dokładne dane? - spytała przyssawka.
- Myślałem, że to będzie niezłą baza wypadkowa na szukanie tej nieszczęsnej anteny. Postarałem się wybadać teren. Ale najnowszych danych nie mam. Jakich atrakcji możemy się spodziewać?
- Mnóstwa - odrzekła przyssawka. - Co gorsza, zdaje się, że w każdej chwili te atrakcje mogą trafić do władzy. Trzymajmy kciuki za tempo, może i my się załapiemy.
- Chcesz powiedzieć, że nie zablokowali ustawy… - ktoś się wtrącił.
- Nie. Co gorsza, u nich to może doprowadzić do naprawdę ciekawych skutków. Mają tam wprawdzie tylko jedną, niegroźną bandę i jedno plemię indiańskie, ale obie te jedynki są duże. Sporo imigrantów z Azji i Europy, duże lobby robotnicze Negroidów. Kilku indywidualistów. Niedługo ma się pojawić ekipa do kręcenia filmu o Frankensteinie i może im przyjść do głowy wbicie się do rady.
- Bez żartów proszę.
- W okolicy znalazły się próbki wirusa 3051981653RG/5498 - nie przerywając ciągnęła przyssawka.
- To znaczy?
- Lupotransformus europeicus. A, i jeszcze jedno. Nasza antena wywołała rozwój inteligencji u roślin. Skutki mogą być cokolwiek interesujące.
- Inteligencja u rośłin? - wzdrygnął się pożeracz. - Ale zgodnie z Xyszlapsem…
- Jest to niezbyt prawdopodobne - skończył detektor. - Daj spokój z Xyszlapsem. On podaje prawdopodobieńśtwa. Jesteśmy na planecie, której biosfera przetrzymała szybkie, wolne i superwolne cykle zmiany temperatury, trzy zderzenia z meteorami i zmianę widma świetlnego o trzydzieści pięc nanometrów. Nie widzę powodu, aby po dodatkowym napromieniowaniu dziwić się przedwczesną inteligencją roślin.

Paragraph 13

O burmistrzu można było mówić różne rzeczy, ale zrobił wiele dla dobra mista, rozumował kat. Wytępił kilkuset bandytów i przegonił wszystkich bardziej wojowniczych Indian, w obu wypadkach z jednym wyjątkiem. Było to pośrednio spowodowane źródłem sukcesu burmistrza: potrafił w umyśle oddzielić różne bandy i plemiona. O ile większość jego poprzedników nie mogła odróżnić jednego czerwonoskórego od drugiego i popadała w podobne trudności z bandytami, to denat radził sobie ze wszystim oprócz Gangu Johna Tępej Pały i Plemienia Zakutej Pały. Zawsze rano wiedział, że należy najpierw zająć się Pałą - tylko którą?
Jedno było pewne, obecnie dwa niewytępione pasożyty społeczne zajęły całe miejsce opróżnione przez zgraję poprzedników. Samych bandziorów w poprzedniej radzie znaleziono sześćdziesięciu pięciu. Taak, to były czasy - na początku rada liczyła dwustu radnych. A potem, powoli zaczęto obnażać co bardziej zwyrodniałe części organizmu i je wycinano. Nie było to trudne, bo na skutek patronalnego systemu rekrutacji najważniejszych stanowisk element nigdy nie zajmował.
Kat podtrzymując za kołnierz lekarza i redaktora, uginających się pod ciężarem kilkunastu kieliszków whisky, próbował sobie wyobrazić radę, w której nie wiadomo, kto jest szeryfem, a kto burmistrzem. Po chwili zastanowienia upadł z kolegami na podłogę.

Paragraph 14

A zatem na tym polega utykwienie, pomyślał Kaszabara.
Ci poeci szczerze mówiąc nie postarali się co do opisu przechodzenia boga w istotę skończoną. Może tylko ten jeden, który opisywał to raczej jako ubóstwianie jakiegoś durnia, miał względne pojęcia, o co chodzi. Zważywszy, że był człowiekiem… może wcześniej był bogiem?
- Nieźle nas wplątałeś - przerwała mu metafizyczne rozważania Chorągiew. - Œciągnij mnie z tego drzewa.
Kaszabara był wściekły, ale wziął się do roboty, aczkolwiek bez manipulowania czasoprzestrzenią przychodziło mu to z trudem. Po pierwsze, każda pomoc w zniszczeniu złowieszczego artefaktu stworzonego na skutek idiotycznie szybkiego wprowadzenia kary za hazard była użyteczna. Po drugie, gdyby jakimś cudem zostawił boginię przekrętu na… drzewie iglastym, jakkolwiekby ono się nazywało, byłaby ona zdolna zrobić to sama, a to skutkowałoby zapewne nieprzywróceniem go do poprzedniego stanu.
Spojrzał nagle na ich ciała. To było dopiero coś wrednego, takie stałe ciało. Chorągwi przypadła przynajmniej w miarę ponętna figura, a on? Spojrzał na złośliwy uśmiech "koleżanki" i domyślił się, że doszła do dokładnie tego samego wniosku.
- No, dalej, szukaj reszty. Swoją drogą po ewentualnym powrocie powtórz botanikę Ziemi. To nie jest drzewo, to kaktus. Muszę powyciągać te wredne igły.

Paragraph 15

- Na pewno chcesz się podjąć tej niemożliwej roboty?
- Nie ma nic niemożliwego. Zresztą stać mnie na zwrócenie zaliczki, jak już mówiłem.
- Jak uważasz.
- W każdym razie parę informacji się przyda. Co mam tam opanować?
- Wszystko.
- To zajmie trochę czasu.
- Wszystko, co wtrąca się do rządzenia miastem.
- Tak lepiej. W razie śmierci masz zapisany zwrot zaliczki w testamencie.
- Doskonale. Do widzenia, panie Norris.
- Do widzenia, sir Betnicki.

Paragraph 16

- Naprawdę?
- Tak, żadnych śladów oprócz tego sznura - westchnął szeryf, wypijając jednym haustem kufel lemoniady.
- Nie wieeedziaaaałeeeem - usłyszeli nagle spod lady - żżeee naaazyyywaaasz się jjjjjjooołłeeee….
- Cholera, znowu jeden z tych bezrobotnych - Billy podskoczył poddenerwowany. - Odkąd nie dostają zasiłków, całą premię wydają w barach, a większość barmanów się nie orientuje.
- Dlaczego tak robią? - spytał zaciekawiony redaktor. - Nie lepiej wydać to na jakieś…
- Tak robili, dopóki mieli zasiłki na piwo - uciął Billy. - Kwestia priorytetowa.
Szeryf wypił jeszcze kufel lemoniady i spojrzał na pijaka.
- A swoją drogą, skąd wiedziałeś, że nazywam się Joe?
- To się nazywa dedukcja, szefuniu - westchnął blat. - I wcale nie wydałem całej premii na piwo. Zostanie mi jeszcze coś na dwie nocki z kumplem.
- Z jakim kumplem, kolego?
- To będzie zależało od potrzeb politycznych. Sam się zwolniłem, zamierzam zostać radnym.
Wszyscy, jak na komendę, spojrzeli pod blat, ale zobaczyli tam tylko rurę wodociągową i zapałki marki "PALIKOT", nikomu dotąd nie znanej. Zapałki leżały w samotnej kieszeni, wypchanej dodatkowo czymś o zapachu lucjerny.

Paragraph 17

- Ktokolwiek… wpadł… na ten… chory… pomysł… powinien… zostać… rozstrzelany… - sapał "WielBłąd".
- Człowiek… który.. tego… dokonał… - sapał Wiader - powinien… otrzymać… miliony… za swoje pomysły.
- Miliony czego? - wysapał z kolei Pan Jan. - Dolarów Zimbabwe?
- Nie, durniu - wyjęczał Wiader, wychodząc z rury - koron.
- Jakich koron?
- A co ci do tego? - sapał Haax - ważne, że przez starego jegerownika wychodzimy właśnie z wariatkowa. Teraz możemy zająć się czymś poważnym.
- Niezupełnie - sapał John "Wiel" Błąd, ocierając kolana po upadku na stos monitorów. - Musimy go wyciągnąć.
- Możecie łaskawie przestać sapać? - wysapał Zweistein, spadłszy na Johna. Wszyscy parsknęli śmiechem.
- Jak niby mamy go wyciągnąć? I skąd weźmiemy środki? Wczoraj zabrano go do Europy, na czternastą ulicę w Ko… - ziewnął Darf Wiader i spadł na Adalberta Zweisteina.
- Porwijmy transatlantyk. Albo sterowiec - zaproponował Dan Cushion i zleciał na Wiadera.
- Zaszantażujmy sprzątaczkę matki sekretarki byłej królowej - zaproponował chomikarz i spadł na Dana.
- Zbudujmy tratwę i przepłyńmy nią do Europy - zasyczał Jan i spadł na nieszczęsnego sprzedawcę chomików.
- Przejmijmy władzę nad światem - wrzasnął szeptem Haax i spadł na Jana.
- Zejdźcie ze mnie i przejmijmy władzę nad światem - westchnął John. Kompania znów parsknęła śmiechem.
- Czyli co, bierzemy się za transatlantyk? Niedługo zaczyna się sezon - zaczął Wiader, ale Haax przerwał mu brutalnie:
- Zważywszy na nasze położenie geograficzne, materialne i czasowe, w połączeniu z gazylionem innych zmiennych, łatwiej będzie przejąc władzę nad światem.
- Czyli budujemy tratwę? - zamrugał, założywszy hełmofon.
- Nie, przejmujemy władzę nad światem. Posłuchajcie…
Haax zaczął wprowadzać kamratów w mit o Posążku Bogów I Innych.

Paragraph 18

Zdjął maskę i zaharczał z radości.
Dysponował już najważniejszym elementem żyrandola i był zupełnie czysty. Wszyscy podejrzewali porachunki bandytów albo w najlepszym razie zamach ze strony Indian. A on… ha, ha, ha! Nie dość, że bezsenny w nocy i niepokonany w dzień, był na najlepszej drodze do złożenia urządzenia, dzięki któremu… ha, ha, ha!
Erik mógł w tej chwili nawet wybrać się na miasto, ponieważ ten, któy rozpoznałby go po zmianie maski… ha, ha, ha!

Paragraph 19

Patrzył swoim ironicznym wzrokiem na cały świat, po czym obejrzał się na Mannitou.
- Czyli co noc dzieje się tu to samo?
- Niezupełnie - uśmiechnął się - zawsze zaczyna się tak samo. Ale co się będzie działo, to już zależy od twoich problemów w tamtej przestrzeni.
- Czy mogę spróbować zrobić ich w konia? Proszę…
- Zobaczymy - ziewnął Wielki Duch - ingerencja z twojej strony w twój sen nie zawsze jest możliwa. Ale może, może…

Paragraph 20

- ŒŚwiadkowie? - zapytała Wespazja, wycierając kufel.
- Do mieszkania burmistrza wchodził jakiś gość w masce. Niestety, tuż obok był festiwal japońskich masek. Lepiej być nie mogło - odpowiedział szeryf, słaniający się od nadmiaru specjalnej lemoniady i mimo to wychylający kolejne porcje. Już za darmo, jak to po dwudziestym.
- Wiadomo, jak zginął?
- Obecna teoria jest taka, że powieszono go arkuszu jakiegoś płótna… potem starannie przekręcono… i usunięto…
- Płótno?
- Œladów… brak… niewiarygod-god-god - zakrztusił się i upadł. Wespazja z uśmiechem na ustach zaciągnęła starego szeryfa do jednego z lokali parę kwartałów dalej i położyła na łóżku, po czym wypisawszy rachunek za blizej nieustalone "trzykrotne usługi" poszła szukać właściwego klienta. Dorabiała tak od roku. I - co najlepsze - nikt się nie zorientował, że szeryf płacił za nic. Nikt.

Paragraph 21

Spojrzał i oczom nie wierzył.
Patrząc od zachodu, całe miasto było kalką ilustracji z tej jaskini, w której nocował poprzedniej nocy. Obok była zapisana jakaś paranoiczna opowieść o ludziach walczących o jakąś bezsensowną statuetkę.
Za jakie grzechy trafił do tego dalekiego kraju? Już lepiej było zawisnąc mu w cesarstwie austriacko-wę…
Janosik gwałtownie ruszył w kierunku miasteczka, planując dosyć… gwałtowny sposób rozliczenia się z przeznaczeniem. Chciał uratować to biedne miasto. W końcu, tak czy siak, pomagał biednym.

Paragraph 22

Pożeracz Umysłów nie należał do długodystansowców. Szczególnie męczył go brak drzew uniemożliwiający mu pożywianie się podczas drogi. Skutek był taki, że nie jadł, a ponieważ wszyscy nagle przypomnieli sobie, że jest telepatą, nikt inny nie chciał nic mówić.
Daleko jeszcze, przebijało się przez umysł detektora. Chcę zdobyć trochę tego miejscowego H2O.
- H2O szkodzi zdrowiu - rzucił pożeracz.
No i co z tego, myślała przyssawka. Co z tego, że szkodzi zdrowiu, skoro umożliwia przeżycie na tej szalonej planecie.
- Długo tu nie pobędziemy - rzucił pożeracz.
A skąd niby wiesz, komentował to wyrzut wyciekający z oczu Ekscelencji. Ekscelencja jednak nagle przystanął.
Stanęli wszyscy. Zza krzaków spoglądały na nich ciekawskie oczy.
- Wyjdźcie - odezwał się Ekscelencja, po raz pierwszy od paru tygodni. - Nic wam nie zrobimy.
Krzaki zaczęły się przybliżać.
- Możecie wyjść - powtórzył i nagle zdał sobie sprawę, że w krzakach nikt nie siedzi. - Pogłoski o inteligentnych roślinach okazały się, jak widać, prawdziwe.
- EEEELIIIITAAARNYYY TRUUUP… SMAKOWITY TRUP… - szeptały krzaki.
- No to koniec - krzyknął pożeracz. Nagle usłyszał bardzo szczególne piszczenie. Po chwili było słychać potężny wybuch.
Pierwszy podniósł się pasztet.
- Co to było… na tej planecie nie mieliśmy widywać kompresji materiału promieniotwóczego…
- Detektor! - wrzasnął Ekscelencja. - Co zrobiłeś z tym wynalazcą… Zweisteinem…
- Doprowadziłem do zamknięcia go w psychiatryku - odpowiedział detektor.
- To co tu robi ta bomba?
Detektor wzruszył ramionami.
- Albo ktoś ją właśnie ponownie wynalazł, albo nasz niespełniony wynalazca superbaterii został wypuszczony.
- A może uciekł?
- Niemożliwe, nie skrzywdziłby muchy. Musiałby trafić pod kuratelę jakiś wyjątkowych psychopatów.
- Tak czy siak atrakcji będzie wiele - uciął Ekscelencja. - Pasztet, popraw nasze ciała i do roboty! Jak to w ogóle przeżyliśmy?
- Bomba wybuchła całkiem daleko stąd i uszkodziła system korzeniowy tych krzaków. Ale jej moc jest straszna.
Kosmici ruszyli w kierunku miasteczka.

Paragraph 23

- Chciałbym się upewnić, czy dobrze rozumiem, towarzyszu generale. Towarzysz Siao-Zing wymyślił system umożliwiający prostą hipnozę, także wbrew woli, oczywiście tylko w uzasadnionych sytuacjach.
- Oczywiście, używanie tego systemu na okrągło wymagałoby jakiegoś kosmicznego zasilania.
- Został dorwany przez Japończyków w jakimś miasteczku na Dzikim Zachodzie.
- Zgadza się.
- Z ostatniej zostawionej informacji wynika, że wygrawerował plan na spodzie eksponatu muzealnego.
- Tak.
- I co ja mam zwłaściwie z tym zrobić? Dostarczyć kopię rysunku?
- Nie tylko. Musi pan przetestować to urządzenie. Wiemy już, że będą potrzebne dodatkowe części. Będziemy je dostarczać stopniowo. Wyprodukujemy je najlepiej, jak umiemy, to zajmie troche czasu, ale… Części zamaskujemy tak, jak pan to uzna za konieczne zależnie od sytuacji na miejscu.
- Dostaję kogoś do pomocy?
- Oczywiście. Na miejscu mamy już zakamuflowanych agentów sprzedających różne rzeczy. Zostanie pan ciepło przyjęty, towarzyszu sekretarzu. Tylko jeszcze jedno, niech pan weźmie jakąś broń. Ta okolica jest straszna.

Paragraph 24

Billy wyskoczył na moment na zaplecze i wrzasnął.
Właściciel knajpy jeszcze nigdy nie był radnym miasteczka. Billy chciał to zmienić. I naprawdę mało brakowało, aby mu się to udało. Ze względu na dziwną, nową ordynację wyborczą wystarczyło się zjawić jutro rano w ratuszu. I akurat tej nocy musiał pojawić się ten słynny handlarz wieprzowiną!
Billy wiedział dobrze, że sprawianie świni zajmie mu dużo czasu. Wiedział, że zarwie całą noc. Wiedział, że jutro wstanie późno. Wiedział, że prawdopodobnie nigdy nie zostanie radnym.

Paragraph 25

- Odprawiłeś tych czerwońców, mam nadzieję?
- Oczywiście, szefie - odpowiedział wściekły szantażysta. Wściekły, bo najładniejsza dziewczyna do towarzystwa szefa godzinę temu została narzeczoną Mściwej Suki. Nie, żeby zazdrościł baby, ale na świadka wzięto Jestera Rewolleckiego. Tego zaczynało być już za wiele.
- Coś mówili?
- Nic szczególnego, oprócz tego, że umieją się posługiwać bronią.
- To tutaj oczywiste.
- Oczywiście, szefie. Poza tym wspomnieli, że mają znajomości.
- Bu ha ha.
- Oczywiście, szefie. I że planują ukraść posążek.
- Bu… S£UCHAM?!
- Wygląda na to, że się za to na poważnie nie wzięli, więc będziemy pierwsi.
- Wygląda?
- Inwigilator ich sprawdził. Nie doszedł na górę, ale po co.
- Oczywiście. Nie możemy marnować człowieka z takim talentem - powiedział John Tępa Pała. I z takimi wymaganiami co do zarobków za akcję, pomyślał.
- Przed akcją musimy już tylko opylić wozy. Wyglądają jak nowe, więc zatrudniłem profesjonalnego opylacza z Europy.
- Za ile?
- Za tyle - pomachał papierami.
- Dobrze - uśmiechnął się szef - ale pamiętaj, nie należy z tym przesadzać! Zwłaszcza, gdy trafimy na nowe stałe lokum.
Szantażysta zrobił się jakoś niewyraźny. Po tylu latach pracy w tym cudownym miasteczku mieli po prostu z niego zwiać. Nie uśmiechało się mu to zbytnio, ale co miał robić, opuścić szefa, tak jak planował Mściwa Suka? Na myśl o konkurencie trafił go szlag.

Paragraph 26

Pogromca krztusił się fajką pokoju, było to jednak uznane za normalne. Fajka za moment trafiła do siedzącego przy drzwiach Wojownika, po czym wróciła do Pogromcy, by zatoczyć łuk aż do Zakutej Pały.
- Dlaczego wódz obecnie nazywa się… - spytał szeptem "nowy", stary wyjadzacz znany jako Samotny Kojot, tak długo nieobecny w obozie, że musiano ze względu na niego dokonać ceremonii wprowadzenia.
- Przeżył trepanację czaszki - wyjaśnił Blada Myśl - i potem…
- Rozumiem.
- Dobrze, bracie, co słychać w miasteczku? - zapytał Ten-Którego-Oczy-Są-U-Duchów.
- Nic szczególnego, czego byście już nie wiedzieli. Z mniej ważnych rzeczy: musicie koniecznie zaopatrzyć się w strzał i broń.
- A na miejscu? - zapytał Wojownik.
- Colt się znajdzie, tyle że jest jej mało - odpowiedział Kojot - ale te strzały!… rozbijają się o kaktusy. Z tomahawkami podobnie.
- Jakim cudem?! Biali bardzo dobrze je naśladowali…
- Owszem, ale wykurzyli ich z rynku żółci.
- Kto?
- Mieszkańcy Państwa Pępka. Uważają swój kraj za tak cudny, że nie wiem, czemu tu przybywają. Ach tak, sprzedawać zupełnie nieudane strzały.
Zwyczaje Samotnego Kojota krępowały większość czerwonoskórych. W przeciwieństwie do nich, znał białych bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że wprowadzał niechcący ich pomysły do dyskusji. ¯artował dobrodusznie. To nie pasowało do Indianina. W zasadzie mało brakowało, a dołączyłby do białych, jednak to, co rada zrobiła z jego rodziną, doprowadzało go momentami do szału.
- Poza tym w mieście robi się ciasno. Widziałem kilku ludzi z Kraju Wody Ognistej. Widziałem kilku ludzi z krainy pijanych duchów. Widziałem ludzi zaklętych w konopie… widziałem ludzi… wyczarowanych z posążka…
Wszyscy spojrzeli na antymistyka z grozą, zainteresowaniem… i fascynacją.

Paragraph 27

Wrzaski Billy'ego były na tyle głośne, że cała, nieliczna o tej porze klientela zbiegła się na zaplecze. Pianista uśmiechnął się i poszedł powoli do domu. Planował się wyspać i zdjąć maskę, w końcu nie mógł zostać rozpoznany jako byle grajek w radzie miasta. Nagle przystanął.
- Stampede! - było słychać tu i ówdzie. Przez główną arterię przebiegło wielkie stado bawołów, rozgniatając słup ogłoszeniowy informujący o tym, jak łatwo zostać radnym.
Rozgniotłyby i część ratusza, pomyślał, trzebaby je było tylko odpowiednio nakierować. Ale nikt tego nie potrafi, pocieszył się i ruszył dalej.

Paragraph 28

- Długo mamy czekać na tego przeklętego Bruce'a? - wypalił kamerzysta.
- Nie mam pojęcia - uznał reżyser. - Chyba rzeczywiście na pierwszego kwietnia zabrali mu informacje, do kogo ma się tu zgłosić.
- W takim razie jak mamy kręcić film o zombie i Frankensteinie?
- Chyba zrobić prawdziwe - zażartował sufler.
- Czemu nie - wysyczał dziwny stwór z garbem wyjmując zza pazuchy wielką księgę.
- Igor, co to jest?
- Wymawia to się Aj-gor, panie reżyserze!
- Dobrze, Igorze - westchnął reżyser i wyciągnął rękę po dzieło zatytułowane "Jak tego jednak nie zrobiłem. Wiktor Frankenstein". Czytał, czytał, i czytał…

i czytał…

i czytał…

- Józek, znajdą się tu jakieś elitarne trupy?
- SŁUCHAM?
- Nie chciałbym przeszkadzać - wtrącił się młodzieniec obok - ale u nas co roku w radzie miasta pada sporo trupów.
- Rada miasta ma siedzibę w ratuszu?
- Zgadza się.
- Dziękuję. A wy - zwrócił się do aktorów - przenosicie się jutro wczesny rankiem do ratusza. To może się udać…

Paragraph 29

- Dlaczego nie powinniśmy wybić ich w jedną noc? - zapytał Wieczorny Grzyb.
- Bo się najzwyczajniej w świecie pobudzą ludzie spoza rady - odpowiedział Kojot. - Przy zabijaniu paru osób na noc zostaniemy uznani za jakieś fatum. Zabijając dużo, doprowadzimy do tego, ze nas zauważą i wytrzebią.
- Bezradni? - zakpił zielarz.
- Z bronią palną w rękach nie są tacy bezradni - odrzekł Kojot i wyszedł z namiotu.
- Zostały wam zatem trzy pytania.
- Czemu nie idzie z nami wódz?
- Bo nie przydam wam się tam, a ktoś musi pilnować naszych namiotów przed bizonami - odrzekł Zakuta Pała i wyszedł.
- Co oznaczały znaki dymne na horyzoncie z okolicy pełnej bizonów?
- Pozdrowienia sprzymierzeńca, który umie je zaganiać. Więcej na ten temat nie wiem - westchnął Ten-Którego-Oczy-Są-U-Duchów i opuścił posiedzenie.
- Ile w końcu będziemy zabijać osób? - zasyczał Wieczorny Grzyb.
- Jedną na noc, chyba że przejmiemy posążek, wówczas będziemy tłuc dwie. Mogą oczywiście zajść szczególne okoliczności, ale wówczas nie będziemy maskować śladów - wyjaśnił Blada Myśl i zarzucił na wejście skórę.
Czerwonoskórzy siedzieli w namiocie, spoglądając na ognisko. Zgodnie ze starym rytuałem mieli się znacząco nie ruszać do następnego świtu. Potem mieli pędzić do rady w celu rozpoczęcia planu. Zabawę zostawili sobie na później.

Paragraph 30

Wespazja spoglądała ze zdziwieniem na Psykottę.
- Moja droga, nie mogę ci tego zabronić, ale… po jakie licho masz zamiar pchać się do tej rady?
- Jesteśmy w jedynym mieście na całym Dzikim Zachodzie - ciągnęła Psykotta - gdzie nasz zawód jest legalny. Po pierwsze, musimy bronić naszego zawodu. Po drugie, musimy bronić tego miasta!
- Jak ty, droga Psykotto, możesz bronić miasta?
- Prosto, droga Wespazjo, zna się niejednego klienta… Kto wie, co znajdę w kieszeni gościa z dwunastej? Może to będzie legitymacja szeryfa, a może… pióra?
- Kobieta… w radzie?
- Zdarzało się. Zresztą mogę wysłać Toma.
- Wyrzucą cię na zbity pysk! Nie mówiąc o nim!
- A kto nas rozpozna?
- No, choćby ten twój… klient…
Psykotta po raz pierwszy tego dnia była lekko zaskoczona przez szefową. Ale nie milczała długo.
- Od razu się nie przyzna, bo i jego wywalą, nie?
Burdelmama rozpłakała się.
- Dziecko, ciebie tam mogą zabić…
- A tu nie mogę zginąć? - zaczęła podnosić ton przyszła radna. - Co i rusz mamy problem z dostawą jelit na wiadomy cel, a wy tylko podnosicie wtedy stawki! Gdybym bała się o życie, w te dni nie powinnam świadczyć usług! A ja i normalnie zapewniam usługi premium…
- Kochana, jeśli o to chodzi, zapewnię ci marynowane flaczki, tylko nie idź do tej rady…
- Idę!
- Nie idź…
- Idę!
Tego dnia pan Starford naprawdę powinien żałować, że "pięterko" było oddzielone zarówno od innych mieszkań, jak i od recepcji warstwą dźwiękochłonną. Inaczej może nie zamówiłby abonamentu premium.

Paragraph 31

Kali ciągnął, i ciągnął, i ciągnął. No i w końcu wyciągnął, ale to zdecydowanie nie była praca dla niego. Do bawełny się przyzwyczaił, a kręcenie się po cudzych domach z myszkowaniem wokół detali, niejednokrotnie potem znikających, było jego żywiołem. Ale lucjerna?!
Ci biali szamani mają naprawdę giętkie głowy, ale czasem muszą chyba im dla równowagi twardnieć, myślał Kali. Wyhodowanie z lucerny, rośliny, z której najwyższe zyski ma się, gdy się jej nie uprawia, całkiem zgrabnego produktu włókienniczego było nie lada osiągnięciem. Jednak wybranie jej spośród wszelkich innych roślin trudno było nazwać inaczej niż głupotą. Strączkowy paszoprodukt wymagał ręcznego usuwania nici w taki sposób, by nie tknęły przypadkiem psujących jej jakoś ziaren, otwieranie zaś strąków rwało je. Nie mogli zacząć od jakiegoś zboża, gdzie nasiona wyjęłoby się wcześniej? Tak rozumował Kali, aczkolwiek w dużo prostszych słowach.
Do domu Kalego wpadła krawcowa. - Nieszczęście! - zawołała i zemdlała. Kali zaśmiał się.
- Zajmij się nią - burknął do napataczającej się sprzątaczki i odniósł włókna do domu Pana. Gdy wrócił, kobiety szpetały przerażone.
- No, co się dzieje? - spytał.
- Nie będzie więcej sprowadzania sług do Pana - słychać było z drżących ust Murzynki.
- Po pierwsze, to bzdura - prychnął Kali - Pan zażądał od Wielkiej Johna dużo sług na dużo, dużo lucjerny, którą chce sadzić. Wielki John zaś zażądał wielu, wielu sług dla Pana, Innych Panów i Panów Panów.
- Panowie Panów odesłali wszystkie sługi do domu, także i te dla Panów.
Kali spojrzał na nią dziwnie. To brzmiało możliwie, Panowie Panów lubili gnębić Panów, aczkolwiek mniej niż na przykład Pan - sługi. Natomiast…
- No dobrze, nie będzie więcej sprowadzania sług. Co z tego?
- Nasz Pan i tak posadzi dużo, dużo lucjerny…
Nagle wszystko stało się jasne.
- Musimy zatem uciekać - zaczął dukać gorączkowo - potrzebujemy do tego złota. A najbardziej złoty przedmiot to Idol Czerwonego Ludu…
- Jak chcesz się do niego dorwać, o wielce porywczy Kali? - spytały kobiety.
- Możemy pójść do rady, skończyły się nasze obowiązki na ten zbiór lucjerny… Zażądamy dostępu do posążka i… wydrapiemy coś z niego… Byle nie ze spodu, jest tam coś, na co czasem ludzie patrzą.
- Zróbmy tak, o wielce pomysłowy Kali!…
- No dobrze, omówcie to z rodzinami. Muszę jeszcze sprawdzić, czy mój brat krwi w to wejdzie. Widzimy się rano przed ratuszem.

Paragraph 32

Złomiarz podszedł do wózka sprzedawcy objazdowego i zaczął majstrować przy kole. Ten wychylił się i zapytał go cichym głosem:
- Harry… Ja się naprawdę boję… Czemu oni chcą nas w tej radzie?
- Muszą mieć dużo głosów, Luke. Każda osoba w radzie spoza bandy, nawet jeśli coś kręci, może życzyć sobie powrotu posążka do muzeum.
- Jak to?
- Ha, mało kto wierzy jeszcze w mit o tym, że posążek oddzielony od podstawki powoduje wielki zamęt w całym mieście. Niestety, w moim życiu na okrągło się to sprawdzało. Na dodatek teraz już był lekki zamęt…
- Weź go nie porównuj - skrzywił się Luke.
- Co nie zmienia faktu, że posążek został tylko obrócony tej nocy, której umarł stary burmistrz.
- E tam, bujasz…
- Co mnie bardziej ciekawi - westchnął Harry - to to, kto go obrócił. Stało się to niemal na pewno w nocy… ale… kto to zrobił? Jedyna osoba z względnie dużym dostępem do bożka to kustosz, ale on nie skrzywdziłby muchy.
- Taaak, to dziwne. Jesteś pewien że ktoś go obrócił?
- Spójrz na pocztówkę. Wszystko w porządku?
- No tak… Linie się nakładają…
- To spójrz tam.
Luke zajrzał za okno muzeum. Statuetka była rzeczywiście przestawiona.
- Dobra, spływamy - westchnął - zaraz będzie zmiana naszego podróżowca…
- Jasne - odpowiedział złomiarz i odszedł spokojnym krokiem. Sprzedawca rozejrzał się i zaczekał parę minut przed opuszczeniem terenu.

Paragraph 33

- Rany koguta - westchnął kurier - zawsze tu w nocy taki tłok?
- Nie - odpowiedział cicho jego towarzysz. Moment później głosno kichnął. Zza biurka wyskoczył Billy.
- Rany, już się bałem, że to jakiś napad. Kim jest ten gość?
- Przywiozłem pizzę - odpowiedział naburmuszony pracownik Starmozzarelli.
- Spokojnie, spokojnie, już płacę. Napiją się czegoś państwo?
- Dla mnie jedna lemoniada.
- A dla mnie - odezwał się bywalec - mleko i kiełbasa.
- Jakieś przyprawy do kiełbasy?
- Jeśli można by było dobrze posypać saletrą… Nos dalej strajkuje…
- Rozumiem - uciął Billy i przyniósł za moment tackę. Mężczyźni jedli milcząc, w końcu byli ostro zmęczeni kilkunastoma godzinami nieustannej pracy. Nic dziwnego, że bywalec niepostrzeżenie strzepał większość saletry, jak i kawałek kiełbasy, do trzymanej w kieszeni spluwy. Skończywszy, zapłacił i udał się do domu.

Paragraph 34

W opuszczonym domu starego szeryfa kawałek konopii powoli poruszał się po podłodze. Gdyby znalazł się tam jakiś obserwator, zapewne dosyć szybko zorientowałby się, że jest w jakiś sposób przyciągany przez szalejącą w spiżarni mysz. Zwierzę właśnie wlazło z kłębkiem sera na stare lustro naścienne, gdy łodyga zaatakowała je od tyłu, spychając na mały kieracik.
Nastąpił wstrząs. Kilka chwil później garderoba denata była rzetelnie przetrząsana przez lustro. Należy przyznać, że miasteczko należało do dosyć paranormalnych; świadome dziwu własnej egzystencji i świadomości zwierciadło postanowiło uczynić z niego raj dla stworzeń nietypowych, co najlepiej było zrobić poprzez przejrzenie intencji miejscowej władzy.
Parę minut później trudno było odróżnić taflę od człowieka. Zastanawiać mogło, że każdy widział twarz podobną do swojej, jednak pominąwszy ten szczegół mebel był niesamowicie ludzki. Postanowił więc wyruszyć do miasta w celu rozpoczęcia realizacji planu.

Paragraph 35

Blada Myśl powoli prowadził swój zespół w kierunku świeżo wynajętych domów. Był zaszokowany idealnością dziwnego rytuału. Po pierwsze, dziwny popiół wytarł z twarzy wojowników znaczną część pigmentu. W efekcie wyglądali jak biali lub w najgorszym wypadku Metysi. Po drugie, w całym mieście mówiono o nietypowej chmurze dymu nad preriami - sztuczka z "indiańskim fatum" mogła koniec końców okazać się zupełnie udana. Po trzecie, wycieńczony czuwaniem "prosty lud" milczał, nie zdradzając się przed mieszczuchami i poznając ich obyczaje. Po czwarte wreszcie nikt nie zwrócił uwagi na podpalenie upraw bawełny, na które nalegał Pogromca Stokrotek - opóźnienie momentu jego wykrycia mogło posłużyć za doskonały temat zastępczy.
Z drugiej strony, myślał, świat białych jest wyjątkowo sensowny. Mimo środka nocy hotelarz nie dziwił się nagłą prośbą o lokum. Dostali za te ichne krążki więcej, niż wódz mógł wynegocjować z sąsiednimi plemionami w ciągu kilkunastu lat. W niektórych okolicach Indianie dołączali się do systemu, wykonując niektóre rzeczy lepiej od Europejczyków i otrzymując w zamian większe wygody niż oferowane przez rodzinne wigwamy. Czy naprawdę należało ich usunąć w tak narwany sposób?
Spojrzał na Samotnego Kojota i zagryzł wargi. W końcu miał wybić tylko tych, którzy pchali się na górę. Reszta będzie mogła sobie pójść dokąd im się będzie podobało. Domyślał się zresztą, że jego najbardziej zaufany pobratymiec podąży za nimi. Kojot kochał atmosferę miasta, gdzie nikt nie czepiał się go za nagłe znikanie; nienawidził wioski, w której co i rusz ktoś wyciągał go z jego samotni. Jednak władza miała u niego dług nie do spłacenia; należało więc przystąpić do systematycznej… egzekucji.

Paragraph 36

Mściwa Suka ostrożnie rył dziurę w drzwiach, po czym uderzył delikatnie młotkiem. Wejście nie puściło.
- A niech cię, ty suczy… - zaczął Zastępca, ale szantażysta przerwał mu:
- Cicho. Po pierwsze, inaczej to ty ściągniesz nam gapiów na kark. Po drugie, to było opisane w planie, nie chcesz chyba powiedzieć, ze go nie przejrzałeś?
Zastępca ugryzł się w język i stwierdził:
- Musiało mi to umknąć.
W tym czasie młotek zdążył znów pójść w ruch, tym razem wyginając kawałek drzwi, przez który wrzucił bułkę z parówką. Killka minut później kieszonkowiec włożył rękę do środka i odblokował zasuwę. Muzeum było otwarte. Tak jak podejrzewano, na środku wejścia leżał otumaniony mirtazapiną kundel.
Zastępca z bijącym sercem wbiegł do sali, chwycił za posążek i odwrócił się, po czym usłyszał warczenie.
- Miało nie być dwóch psów! - wrzasnął szeptem, po czym spojrzał za ramię. Rzeczywiście nie był to pies, raczej naprawdę wielki wilk, który patrzył się na niego hipnotyzująco. Bandyta zdążył jeszcze wygulgotać parę słów, po czym rzucił się do pyska zwierzęcia.
Pozostała część grupy była bardzo zaniepokojona odgłosami dobiegającymi ze środka. Gdy ucichły, szantażysta wlazł do środka, po czym dosyć szybko wyszedł.
- Coś… go rozszarpało - jęknął - potem zrobiło wielki bałagan szukając posążka. Szczęśliwie trup zdążył zamknąć go w kloszu… - i tu teatralnie wydobył statuetkę spod kamizelki.
Za parę minut byli już u szefa.
- Co słychać? Mam niesamowicie dobrą wiadomość…
- Z nami średnio, szefuniu - westchnął Mściwa Suka.
- Nie macie posążka???
- Mamy, ale Zastępca zginął w akcji.
- Czort z nim! Mam dla was naprawdę genialną wiadomość. Durnie z Wielkiej Brytanii wymuszające na naszym rządzie niszczenie naszej gospodarki będą miały zagwozdkę…
- A to czemu?
- Bo teraz… będą tańczyć… jak im zagramy!

Paragraph 37

- Przepraszam, czy to biuro informacji Agencji Wywiadu?
Jeffdaught miał ochotę zbyć naiwniaka informacją o wyjątkowo ciężkim dniu w pracy. Jednak przyczyna tego obciążenia była tak tajna, że samo obciążenie zostało ukryte. Odpowiedział więc:
- Tak, słucham.
- Piszę książkę o agentach i takich tam. Czy rozważaliście w ujawnionych czasach próbę wbudowania w człowieka silnika parowego, aby nie potrzebował środków transportu?
Jeffdaught ugryzł się w język.
- Z tego, co mi wiadomo, taki projekt istniał, ale został ścięty na wczesnym poziomie rozważań. Inaczej bym o nim pewnie nie wiedział.
- Dziękuję i do widzenia.
- Do widzenia - odpowiedział Jeffdaught, odłożył słuchawkę i wrzasnął na cały głos:
- MAM!
Ludzie patrzyli na niego jak na wariata. Tymczasem rzecznik zaczął kręcić przy telefonie i zaczął monolog:
- Kju? Mam rozwiązanie. Weźcie tę waszą kukłę KOP-128. Tak, wiem, poziom tajności "jawne dla zmyły". Powinna w zupełności wystarczyć naszemu psycholowi. Dostajecie 3 miejsca. Tak, weźcie broń. Typy, które porwały… panią Wiki, wybrały wyjątkowo paskudną lokalizację. Osadę na Dzikim Zachodzie.

Contents by authors of the site available under GNU FDL 1.2 or CCPL 3.0 BY. Authors reserve the right to use the contents commercially.